Zazwyczaj staram się nie udzielać na forach, ale teraz coś we mnie pękło. Świadomość Kryszny to coś, czego potrzebuję bardziej niż powietrza. Często jednak zdarza się, że mi jej brakuje, i wtedy to, co pomaga, to towarzystwo wielbicieli Kryszny. Bez towarzystwa wszyscy bylibyśmy w kłopotach, jak napisał mi ostatnio Śrila Trivikrama Swami Maharaja. Chodzi tylko o to, żeby to było dobre towarzystwo - takie, które inspiruje, podnosi świadomość, dodaje entuzjazmu i energii do służby.
Kiedy przyłączyłam się do ISKCON-u, wiele rzeczy wyglądało inaczej. Bóstwa były w centrum uwagi i służby. Gotować w świątyni mogli tylko inicjowani bhaktowie. Wykłady mogli dawać tylko ci, których reputacja była nieposzlakowana. I w tamtym czasie odnosiłam wrażenie, że to nie pieniądze sprawiają, czy ktoś jest świątynnym autorytetem. Wtedy trzeba było wykazać się świadomością, żeby otrzymać zaszczyt wykonania odpowiedzialnej służby. I była gwarancja, że dzięki tym podstawowym kwalifikacjom służba będzie zrobiona dla zadowolenia Kryszny.
Teraz wydaje się być inaczej. Decydują pieniądze, nie świadomość. Bóstwa wydają się tylko dodatkiem do świątyni, a na pierwszym miejscu jest wygoda sług. A sługa nie musi mieć kwalifikacji - nie trzeba przestrzegać zasad, żeby gotować, czy dawać wykład. Główną kwalifikacją wydaje się być poparcie zarządzających - jeśli go nie ma, czysta świadomość i pragnienie zadowolenia Kryszny nie wystarczy.
A co z tymi, którzy są naprawdę kwalifikowani? Czemu nie są bardziej aktywni?
W ogóle mnie to nie dziwi. Zaawansowane duchowo osoby nie potrzebują wspinać się na piedestał. Są zadowolone same w sobie i szczęśliwe pełniąc jakąkolwiek służbę w najskromniejszych nawet warunkach. I kiedy standardy spadają coraz niżej, nie mają powodu pozostawać w miejscu, które nie jest już dłużej inspirujące, nie jest pełne świadomości Kryszny.
I w ten sposób jakby zamyka się błędne koło - bo z całą dostępną pokorą powinniśmy walczyć o towarzystwo tych, którzy są bardziej od nas zaawansowani, powinniśmy uczyć się od nich i naprawdę starać się im dorównać, a nie tylko udawać, że sami jesteśmy na wysokiej, duchowej platformie.
A co ze mną? Przyjeżdżam czasem do świątyni, kłaniam się Bóstwom, spotykam kilkoro przyjaciół, którzy mnie inspirują i wspierają, swoim życiem przypominając mi, że to Kryszna jest najważniejszy. Czasem biorę coś dla siebie z tego miejsca. I pojawia mi się wątpliwość: czy jestem w stanie dać mu z siebie tyle, ile biorę? I czy to wystarczy, żeby utrzymać to miejsce? I czy napewno chcę je utrzymać w takim stanie, w jakim teraz jest?
Z góry odmownie dziękuję za wszelkie sugestie, co powinnam zrobić i ile z siebie dać. Nie jestem na razie gotowa, żeby przyjmować takie rady. Myślę po prostu, że każdy, kto czerpie jakąkolwiek energię z odwiedzin w świątyni, powinien sam wewnątrz siebie przemyśleć, czy oddaje ją z powrotem, i czy to, co się tam dzieje, jest tym, czego oczekuje.
Bo to jest trochę tak, jak z demokracją: jeśli nie głosujemy, to nie możemy mieć żalu, że krajem rządzą niewłaściwi ludzie. Ale nawet jeśli głosujemy, to i tak to większość zaangażowanych decyduje o kierunku rozwoju państwa. Więc nie wiem: może to tylko ja mam inne oczekiwania. Może po prostu jestem w skrajnej mniejszości. A może nie przykładam się do głosowania? A może jest nas więcej, tylko nie wiemy o sobie wzajemnie i nie wierzymy w swoją siłę?
Co tak naprawdę stanie się ze świątynią, kiedy zabraknie wsparcia tych, którzy kochają lub choćby cenią to miejsce? I co stanie się z nami, kiedy zabraknie świątyni?
To może być rzeczywiście wspaniałe miejsce - przyjazne, spokojne, szczęśliwe i w każdym calu sprzyjające duchowości. To tylko moje przemyślenia - nie chcę, żeby skończyło się na myśleniu, ale boję się, że sama nawet nie spróbuję działać
W.s. Mallika dd.