odnalezienie swojej Tradycji
: 06 maja 2007, 20:48
Co myślicie o tym tekscie i problemie , który porusza ? Wydaje mi się ,ze niezwykle ważne jest odnalezienie się , zatopienie w własnej tradycji Wogóle odnalezienie swej ścieżki
Jaka jest Wasza odpowiedz dlaczego zostałem[am] Waisznawą
Czy ta Tradycja jest SWOJSKA , czy jednak nieco obca , czy może na początku była fascynacja , a teraz rutyna i znużenie .......?
Czy moze nadal jest fascynacji i radość ?
Czy Waisznawizm to Wasz-Dom i dla serca, i dla intelektu - w którym chcecie zamieszkać na zawsze jak ta mrówka w stogu siana
Mrówka w stogu siana
Kiedy rabin spytał mnie, dlaczego chcę przejść konwersję na judaizm, pierwszą odpowiedzią, jaka przyszła mi do głowy, było: "Bo chcę być Żydówką". Ponad rok temu identycznej odpowiedzi na identyczne pytanie udzieliłam, gdy zadał mi je bliski znajomy. Nie pamiętam już dokładnie reakcji rabina na te słowa (rozmowa była dość długa). Znajomy zaś pokiwał głową i odparł: "To najlepszy powód, o jakim mogę pomyśleć".
Judaizm był dla mnie narzędziem, dzięki któremu mogłam osiągnąć określony cel. Cel nadal jest najważniejszy, ale narzędzie z narzędzia przemieniło się w przedmiot o wartości autotelicznej. A może zawsze tak właśnie było? Może chciałam zaspokoić dwie równorzędne potrzeby równocześnie? Potrzebę przynależności do tego właśnie narodu i potrzebę religijną, która drzemała we mnie od bardzo dawna, ale nie mogła znaleźć zaspokojenia?
Dlaczego znalazła je w judaizmie, a nie - dajmy na to - w buddyzmie czy w chrześcijaństwie? Z dwóch powodów, jak sądzę.
Kiedy religia była przedmiotem moich studiów teoretycznych, najbardziej przemawiały do mnie te ujęcia, które kładły nacisk na praktykę religijną - nie na wierzenie w coś, ale na robienie czegoś. Tak o religii myślał Wittgenstein, tak o religii myślał William James (również poczciwy Frycek Nietzsche, powinnam dodać dla pełniejszego obrazu).
Judaizm jest taką właśnie religią par excellance. Niektórzy mówią nawet, że w judaizmie nie ma ortodoksji, jest jedynie ortopraksja. Innymi słowy, że w judaizmie nie ma żadnej obowiązującej teorii teologicznej, a jedynie obowiązująca praktyka. Nie jest to stwierdzenie do końca prawdziwe, ale ziarno prawdy w nim tkwi.
Halacha, czyli religijne prawo żydowskie, reguluje praktykę życia codziennego. Hebrajskie słowo "halacha" (הלכה) spokrewnione jest ze słowem "iść" i często jest tłumaczone jako "droga" czy "to, jak idziemy". Innymi słowy, halacha dostarcza drogowskazów. Albo jest czymś na kształt mapy, na której zaznaczone są rzeczy ważne, rzeczy mniej ważne, rzeczy zupełnie nieistotne. I w ten sposób nadaje kształt światu. Świat jest bezkształtny, dopóki nie wypełnimy go znaczeniem. Wtedy dopiero pojawia się pierwszy plan, drugi plan...
Ale czy inne religie tego nie robią? Robią. I tu pojawia się drugi powód.
Judaizm jest religią księgi, tak czasem się mówi. Naprawdę jednak judaizm jest religią tysięcy ksiąg, setek tysięcy kartek pokrytych pismem. Choć to metafora do bólu wytarta i wyświechtana - judaizm jest jak morze dla intelektu. Pluskam się w nim niczym radosny hipopotam. I wiem, że całego życia nie starczy mi na to, by to morze poznać w całości. Każde odkrycie pociąga za sobą kolejne odkrycie, każda zdobyta informacja - konieczność zdobycia kolejnych informacji. Tu pogadam chwilę z Majmonidesem, tam zagadnę Rambana, tu przysiądę się na chwilę do grupki kabalistów z Safedu, tam wpadnę na filiżankę kawy do Raw Sołowiejczyka.
No dobrze, ale czy nie mogłabym wpaść raczej do św. Tomasza? Cóż, wpadłam i do niego kiedyś. I do św. Augustyna, i do św. Jana od Krzyża. Ba, nawet z mistrzem Eckhardtem ucięłam sobie pogawędkę. Ale u żadnego z nich nie chciałam zostać na dłużej.
Tymczasem odwiedziny u każdego prawie z żydowskich mędrców chciałam przedłużać w nieskończoność. Więcej - chciałam móc powiedzieć, że ten świat, który poznawałam za pośrednictwem ksiąg, jest także moim światem. Znajomy powiedział mi kiedyś: "przecież możesz studiować judaizm, żydowską historię i kulturę nie będąc Żydówką".
Oczywiście, że mogę. Ale po kilku latach takich studiów zrozumiałam, że nie chcę być outsiderem, że chcę to wszystko nazwać swoją tradycją, uczynić ten świat swoim światem.
I ciągle odkrywam w nim coś nowego, co mnie zachwyca albo fascynuje.
Innymi słowy, chyba racja jest po stronie Klu: ostatecznie chodzi o miłość. Jeden lubi pomidorową, ktoś inny szczawiową. Ktoś Wittgensteina, ktoś inny Hegla. Ktoś zakochuje się w niepozornym okularniku, ktoś w pięknej blondynce, a ktoś inny...
Czuję się czasem jak zupełnie nieprzysłowiowa mrówka w stogu siana. Mrówka idzie przez pole po sianokosach. Teoretycznie byłby to łatwy spacer, gdyby nie to, że mrówka - jak to mrówka - ma nóżki raczej krótkie i nawet niska trawa stanowi poważną przeszkodę. Zaczyna padać deszcz. Mrówka wzdycha i brnie dalej. Nagle widzi wielgachny, kolosalny zupełnie stóg siana. Włazi w niego czym prędzej zadowolona, że wreszcie nie kapie jej na głowę. Wygniata sobie w sianie przyjemne i miękkie gniazdo. Uff... Jak dobrze.
Mrówka ciekawie zaczyna rozglądać się po swoim nowym lokalu. Sięga po jakieś źdźbło i zaczyna je powoli przeżuwać. Pycha! Sięga więc po kolejne. Bueee... Jakieś paskudztwo się trafiło, stare czy co? I jakąś zgnilizną jedzie. Ale są i inne. Mrówka wyciąga więc ze stosu kolejne źdźbła i żuje z uśmiechem zadowolenia na twarzy.
Przez moment w jej głowie pojawia się niepokojąca myśl - jak tak będę źdźbło po źdźble wyciągać, to się stóg kiedyś zawali. E... nie zawali się. Przecież jest gigantyczny, a ja taka mała. Mogę tu siedzieć do końca świata.
Mrówka znalazła w ten sposób dom. Dom i dla serca, i dla intelektu. Oba są nienasycone.
Szawua tow.
Jaka jest Wasza odpowiedz dlaczego zostałem[am] Waisznawą
Czy ta Tradycja jest SWOJSKA , czy jednak nieco obca , czy może na początku była fascynacja , a teraz rutyna i znużenie .......?
Czy moze nadal jest fascynacji i radość ?
Czy Waisznawizm to Wasz-Dom i dla serca, i dla intelektu - w którym chcecie zamieszkać na zawsze jak ta mrówka w stogu siana
Mrówka w stogu siana
Kiedy rabin spytał mnie, dlaczego chcę przejść konwersję na judaizm, pierwszą odpowiedzią, jaka przyszła mi do głowy, było: "Bo chcę być Żydówką". Ponad rok temu identycznej odpowiedzi na identyczne pytanie udzieliłam, gdy zadał mi je bliski znajomy. Nie pamiętam już dokładnie reakcji rabina na te słowa (rozmowa była dość długa). Znajomy zaś pokiwał głową i odparł: "To najlepszy powód, o jakim mogę pomyśleć".
Judaizm był dla mnie narzędziem, dzięki któremu mogłam osiągnąć określony cel. Cel nadal jest najważniejszy, ale narzędzie z narzędzia przemieniło się w przedmiot o wartości autotelicznej. A może zawsze tak właśnie było? Może chciałam zaspokoić dwie równorzędne potrzeby równocześnie? Potrzebę przynależności do tego właśnie narodu i potrzebę religijną, która drzemała we mnie od bardzo dawna, ale nie mogła znaleźć zaspokojenia?
Dlaczego znalazła je w judaizmie, a nie - dajmy na to - w buddyzmie czy w chrześcijaństwie? Z dwóch powodów, jak sądzę.
Kiedy religia była przedmiotem moich studiów teoretycznych, najbardziej przemawiały do mnie te ujęcia, które kładły nacisk na praktykę religijną - nie na wierzenie w coś, ale na robienie czegoś. Tak o religii myślał Wittgenstein, tak o religii myślał William James (również poczciwy Frycek Nietzsche, powinnam dodać dla pełniejszego obrazu).
Judaizm jest taką właśnie religią par excellance. Niektórzy mówią nawet, że w judaizmie nie ma ortodoksji, jest jedynie ortopraksja. Innymi słowy, że w judaizmie nie ma żadnej obowiązującej teorii teologicznej, a jedynie obowiązująca praktyka. Nie jest to stwierdzenie do końca prawdziwe, ale ziarno prawdy w nim tkwi.
Halacha, czyli religijne prawo żydowskie, reguluje praktykę życia codziennego. Hebrajskie słowo "halacha" (הלכה) spokrewnione jest ze słowem "iść" i często jest tłumaczone jako "droga" czy "to, jak idziemy". Innymi słowy, halacha dostarcza drogowskazów. Albo jest czymś na kształt mapy, na której zaznaczone są rzeczy ważne, rzeczy mniej ważne, rzeczy zupełnie nieistotne. I w ten sposób nadaje kształt światu. Świat jest bezkształtny, dopóki nie wypełnimy go znaczeniem. Wtedy dopiero pojawia się pierwszy plan, drugi plan...
Ale czy inne religie tego nie robią? Robią. I tu pojawia się drugi powód.
Judaizm jest religią księgi, tak czasem się mówi. Naprawdę jednak judaizm jest religią tysięcy ksiąg, setek tysięcy kartek pokrytych pismem. Choć to metafora do bólu wytarta i wyświechtana - judaizm jest jak morze dla intelektu. Pluskam się w nim niczym radosny hipopotam. I wiem, że całego życia nie starczy mi na to, by to morze poznać w całości. Każde odkrycie pociąga za sobą kolejne odkrycie, każda zdobyta informacja - konieczność zdobycia kolejnych informacji. Tu pogadam chwilę z Majmonidesem, tam zagadnę Rambana, tu przysiądę się na chwilę do grupki kabalistów z Safedu, tam wpadnę na filiżankę kawy do Raw Sołowiejczyka.
No dobrze, ale czy nie mogłabym wpaść raczej do św. Tomasza? Cóż, wpadłam i do niego kiedyś. I do św. Augustyna, i do św. Jana od Krzyża. Ba, nawet z mistrzem Eckhardtem ucięłam sobie pogawędkę. Ale u żadnego z nich nie chciałam zostać na dłużej.
Tymczasem odwiedziny u każdego prawie z żydowskich mędrców chciałam przedłużać w nieskończoność. Więcej - chciałam móc powiedzieć, że ten świat, który poznawałam za pośrednictwem ksiąg, jest także moim światem. Znajomy powiedział mi kiedyś: "przecież możesz studiować judaizm, żydowską historię i kulturę nie będąc Żydówką".
Oczywiście, że mogę. Ale po kilku latach takich studiów zrozumiałam, że nie chcę być outsiderem, że chcę to wszystko nazwać swoją tradycją, uczynić ten świat swoim światem.
I ciągle odkrywam w nim coś nowego, co mnie zachwyca albo fascynuje.
Innymi słowy, chyba racja jest po stronie Klu: ostatecznie chodzi o miłość. Jeden lubi pomidorową, ktoś inny szczawiową. Ktoś Wittgensteina, ktoś inny Hegla. Ktoś zakochuje się w niepozornym okularniku, ktoś w pięknej blondynce, a ktoś inny...
Czuję się czasem jak zupełnie nieprzysłowiowa mrówka w stogu siana. Mrówka idzie przez pole po sianokosach. Teoretycznie byłby to łatwy spacer, gdyby nie to, że mrówka - jak to mrówka - ma nóżki raczej krótkie i nawet niska trawa stanowi poważną przeszkodę. Zaczyna padać deszcz. Mrówka wzdycha i brnie dalej. Nagle widzi wielgachny, kolosalny zupełnie stóg siana. Włazi w niego czym prędzej zadowolona, że wreszcie nie kapie jej na głowę. Wygniata sobie w sianie przyjemne i miękkie gniazdo. Uff... Jak dobrze.
Mrówka ciekawie zaczyna rozglądać się po swoim nowym lokalu. Sięga po jakieś źdźbło i zaczyna je powoli przeżuwać. Pycha! Sięga więc po kolejne. Bueee... Jakieś paskudztwo się trafiło, stare czy co? I jakąś zgnilizną jedzie. Ale są i inne. Mrówka wyciąga więc ze stosu kolejne źdźbła i żuje z uśmiechem zadowolenia na twarzy.
Przez moment w jej głowie pojawia się niepokojąca myśl - jak tak będę źdźbło po źdźble wyciągać, to się stóg kiedyś zawali. E... nie zawali się. Przecież jest gigantyczny, a ja taka mała. Mogę tu siedzieć do końca świata.
Mrówka znalazła w ten sposób dom. Dom i dla serca, i dla intelektu. Oba są nienasycone.
Szawua tow.